XaiJu
Misshelove
Misshelove

patreon


Przemyślenia.

Nie robię tego zbyt często – w końcu jestem tutaj głównie po to, by dzielić się z Wami swoimi projektami, komiksami i historiami. Ale tym razem muszę zrzucić z siebie ciężar, który od kilku dni mnie nie opuszcza. To coś osobistego, co mocno mną wstrząsnęło.

Mam koleżankę ze studiów. Nie widujemy się zbyt często, ale regularnie dzwonimy do siebie – czasem raz na miesiąc, czasem rzadziej. Wydawało mi się, że znam ją całkiem dobrze. Zawsze była dla mnie osobą, która ma wszystko, czego mi brakuje: mieszka w dużym mieście, ma nowy piękny dom, cenioną i dobrze płatną pracę, kochającego męża, zwierzaki, dwa kierunki studiów...

Ceniłam zarówno moją koleżankę, jak i jej męża. Byli dla mnie przykładem zdolnej, dobrej pary, która wzbudzała podziw i dawała mi fundament wiary w to, że piękne, zdrowe relacje są możliwe. Cieszyłam się, że miałam w swoim malutkim gronie znajomych takich fajnych ludzi – to zawsze budowało moje poczucie wartości.

Tym bardziej wiadomość o ich rozwodzie była dla mnie szokiem. To uczucie było bardzo podobne do tego, które odczułam, gdy dowiedziałam się o rozwodzie mojego kuzyna po 25 latach małżeństwa. Takie wydarzenia zawsze mnie poruszają – wstrząsają moją wiarą w stabilność i trwałość relacji. Mama często mi mówi, że zbyt mocno przeżywam takie rzeczy. Może to prawda – jestem bardzo empatyczna, i choć nie są to moje własne przeżycia, ich echo odbija się we mnie na długo, a akurat ja i mama mamy totalnie różne osobowości i charaktery.

Ale do kornetów, bo rozwód koleżanki nie był głównym powodem mojego szoku.

Rok temu zadzwoniłam do niej podczas jednego z jej służbowych wyjazdów. To był kolejny zwykły telefon, nic nadzwyczajnego. Rozmawiałyśmy o życiu, była zestresowana wystąpieniem, więc pogadałyśmy o terapii, o tym, że warto się nie poddawać i nie przejmować, że wszystko kiedyś się ułoży. Nie miałam pojęcia, że tamtego dnia siedziała w hotelowym pokoju, z myślami, że nie planuje już nigdy z niego wyjść. Mój telefon zmienił jej postanowienie....

Kilka kolejnych miesięcy nie dzwoniła do mnie, a ja przejmowałam się, że nie umiem rozmawiać i pewnie ma mnie już dosyć. W końcu napisała po wielu miesiącach, że jest lepiej i chodzi do psychiatry. Zrozumiałam, że depresja może spotkać każdego, nawet jeśli z mojej perspektywy ta osoba ma wszystko to czego ja sama bym pragnęła, by poczuć się w końcu szczęśliwą. Nawet jest mi dziś wstyd, że nie miałam ochoty z nią w ciągu roku ochoty rozmawiać, bo sama miałam gorszy okres. Niedoczynność tarczycy i moja sytuacja życiowa wywoływała lekkie stany lękowe i depresyjne.

Dopiero w ten poniedziałek, praktycznie po roku od tamtej rozmowy, przyznała mi się, co wtedy naprawdę się działo w jej życiu. Nie będę zdradzać szczegółów, ale to było tak mocne, jakby ktoś streścił mi 3 sezony potwornego dramatu i lekkiego horroru. Powiedziała, że miała wszystko zaplanowane – to miał być jej ostatni dzień życia w tym koszmarze, wtedy w tym hotelu. Przyznała mi również, że przez ten rok zmagała się z ogromnym cierpieniem, które ukrywała przed całym światem, nawet przede mną. Jej życie, które wydawało mi się idealne, było tylko fasadą od dłuższego czasu.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie tylko dlatego, że mogłam stracić kogoś bliskiego, gdybym nie zadzwoniła, ale też dlatego, że tak łatwo uwierzyłam w iluzję. Patrzyłam na jej życie jak na coś, co było poza moim zasięgiem, ale oczywiście zawsze życzyłam jej dobrze, im razem. Nie jestem podłą osobą, która życzy innym źle, gdy komuś się wiedzie. Zawsze kibicuję innym.

Od kilku dni nie mogę przestać o tym myśleć. Jest we mnie wdzięczność, że udało się jej przetrwać ten najtrudniejszy moment. Ale jest też coś jeszcze – pewne dziwne uczucie, jakby mój własny obraz świata został zachwiany. Ona jest mi wdzięczna za uratowanie życia, a ja czuję jakby to nie było prawdziwe. Nienamacalne.

Czuję się… zagubiona. Zastanawiam się, ile razy w życiu uznawałam czyjeś szczęście za pewnik, podczas gdy ktoś walczył z demonami, których nie widziałam. Często sama czuję osamotnienie, z którym nie potrafię się uporać z powodu izolacji. Mam swoje problemy, których nie zawsze pokazuję. I ta sytuacja przypomniała mi, że wszyscy nosimy w sobie jakieś ciężary, nawet jeśli na zewnątrz wszystko wydaje się „w porządku”.

Ale jest jeszcze coś, co ta sytuacja we mnie zmieniła. Przez wiele lat wierzyłam, że życie niektórych ludzi po prostu jest łatwiejsze. Że są tacy, którzy mają szczęście wypisane w roli życia, a ja do nich nie należę. Ciężka praca nie popłaca, bo nie osiągnęłam tego co było dla mnie najważniejsze w życiu. Zawsze w głowie widzę siebie jako narratora, a nie postać historii. Mogę tylko patrzeć na życie, a nie go doświadczać. Przyglądając się życiu innych, czułam, że pewne rzeczy – stabilność, szczęście, relacje – po prostu nie są mi pisane.

Teraz widzę, że takie myślenie było złudzeniem. Jakimś utrwalonym w głowie stanem rzeczy. Nikt nie ma "łatwo" mówi się często. Każdy nosi w sobie ból, który często pozostaje niewidoczny. Niby to takie oczywiste, ale dopóki się nie zderzy z tym faktem, jak ja teraz, to może do nas to właściwie nie docierać, gdyż nie pojmujemy skali tego ludzkiego ciężaru. Oglądałam kiedyś materiał pewnej psycholog dziecięcej, która przedstawiła wypowiedź dziecka, które powiedziało, że nie powie co go boli, bo będzie to za ciężkie dla innych i tego nie uniosą. I coś w tym rzeczywiście jest. Strach przed mówieniem o swoim cierpieniu dotyczy większości. Moja mama należy do osób, które nigdy nie mówią o uczuciach i się odcinają, nie lubi też słuchać o moich emocjach. Niby wie, że mój stan powoduje pewne zachwiania, ale nigdy nie chciała poznać tego tematu głębiej. Dla niektórych to taka forma obrony samego siebie.

I choć to trudna refleksja, to jednocześnie jakaś forma ulgi – bo skoro wszyscy z czymś walczymy, może to oznacza, że wcale nie jestem tak daleko od innych, jak mi się wydawało.

Dlatego chciałam podzielić się tą historią. Nie dlatego, żeby Was zmartwić, ale żeby przypomnieć – nigdy nie wiemy, z czym mierzy się druga osoba. Czasem zwykły telefon, zwykła rozmowa może mieć znaczenie, którego nawet sobie nie uświadamiamy... Ja tylko zadzwoniłam i w dodatku martwiłam się, że rozczarowuję ją swoimi telefonami. Dziś mi mocno "ryje beret" prawda, którą poznałam, ale jak już szok minie, to może i ja ruszę do przodu.

Dbajcie o siebie. I pamiętajcie, żeby zapytać bliskich, jak się czują – tak naprawdę, ale też nie zamykajmy się ze swoimi problemami przed światem.

Obrazek Ourella, bo jest kochany <3

 

Comments

Hymm... Dużo mówi to w jakiej rodzinie się wychowaliśmy. W rodzinie którą stworzyłam zawsze jest miejsce i czas, żeby porozmawiać o tym czego się boimy, jak się czujemy itp. Co nie zawsze zdarzało się u mnie w rodzinie jak i u partnera, ale to właśnie o to chodzi, żeby nie powielać błędów naszych rodziców. Kiedyś nie rozmawiało się o problemach i nie chodziło do psychologa/psychiatry gdy faktycznie, była taka potrzeba. Najważniejsze to nauczyć się rozmawiać, ze sobą, z rodzicami, z partnerem, z dzieckiem... Ani ty nikomu nie pomożesz, ani nikt nie pomoże Tobie, jeśli nie będzie się wiedział o co chodzi. Strach ma wielkie oczy, ale miłość i wsparcie mają znacznie większą moc.

Kate

Facet przed 40., dość sprawny fizycznie i nie słaby, psychicznie też raczej odporny, z silnym organizmem, niebrzydki. Życzliwy, pomagający innym, głupi nie jest, ma zainteresowania... Jakie on może mieć wielkie problemy? No i to na tyle jeśli chodzi o to co na zewnątrz. Bo wewnątrz są lata walki najpierw o życie, potem z depresją, nałóg w rodzinie, próba samobójcza, lata trzymania się przy ludziach i płaczu w nocy albo w toalecie w pracy. Po prostu nie pokazuję tego co mnie boli bo to moje problemy i nie będę nimi obciążał innych. W konsekwencji nawet słyszałem "Jaką Ty masz depresję?". Także często bywa, że pozory mylą :)

Harkaeun


More Creators